Miłość nie boli. Ból sprawiają ludzie, którzy nie potrafią kochać... Love doesn't hurt. Pain is caused by people who cannot love...

TRANSLATOR

2019-11-08

Wloskie Dolomity / Autumn trip to the Dolomites / Höstresa till Dolomiterna (Part 2)

Tre Cime di Lavaredo



Witam ponownie,
dzis czas na relacje z kolejnych wypraw, 
tym razem  Dolomitow wloskich.

Jak wspomnialam w poprzednim poscie Wiking ostatniego wieczoru nie czul sie najlepiej.
Jeszcze gorzej bylo w nocy. 
Na wczesno-poranna wyprawe musial pozostac w hotelu,
 bo mial zawroty glowy, bylo mu slabo i nie wytrzymalby pewnie 
jazdy tymi kretymi wloskimi drogami.
Takze Wiking zostal w hotelu by nabrac sil, a my pognalismy
jeszcze w ciemnosciach poranka do miejscowosci 
Lago di Baies.

Zapewnie widzieliscie kadry z tego miejsca z przepieknie
gladka tafla wody, lodeczkami i gorami w tle.

Pogoda tego ranka byla taka sobie, 
mielismy nadzieje na wschod slonca i troche kolorkow na niebie ale sie nie doczekalismy.

Zdjecia robilismy z takiego domku na palach, 
ktory stal na plazy i do ktorego trzeba bylo sie wspiac.
Karol opowiadal ze w tym roku woda byla plytka i latwo bylo nam tam wejsc,
ale rok temu bylo duzo wody, i wejscie bylo od innej strony.
Opowiadal ze bylo bardzo slisko, i nawet przyplacil to rozerwaniem gatkow.

oto kilka zdjec z tej okolicy:

Mielismy szczescie, bo bylismy pierwsi na miejscu
 i moglismy zajac najlepsze miejsca do fotografowania.

Pierwsze zdjecie robione jeszcze podczas niebieskiej godziny.
Usunelam z niego rowniez te dziwne drewniane rzeczy,
 ktore widzicie w wodzie na drugim zdjeciu. 
Nie jestem mistrzem photoshopa i troche takie operacje zajmuja mi czasu,
takze dalam sobie spokoj z kolejnymi zdjeciami, 
i pozostawilam je w oryginalnej wersji.




Drugie zrobione troche pozniej, gdy swiatlo nabralo cieplejszych tonow.
Nasza kolezanka Iwona zapozowala nam na pomoscie, 
co ladnie pomoglo oddac wielkosc i perspektywe tego miejsca.



A tu dla ciekawostki, 
to ten domek na palach z ktorego fotografowalismy lodeczki.
Jak widzicie slonce w tym dniu nie wyszlo.
Bylo dosc ciemno i szaro.


Po porannym plenerze wrocilismy do hotelu na sniadanie.
Wiking byl juz na nogach, po sniadaniu i powiedzial, ze czuje sie duzo lepiej.

Po sniadaniu, zapakowalismy sprzet, zabralismy prowiant
i pojechalismy na calodniowa wycieczke w poludniowe Alpy.

Tre Cime di Laverdo (Trzy Szczyty Laverdo), 
bylo naszym celem.

Ponizej opis i wysokosc kazdego ze szczytow:


zd.wlasne

Zanim jednak tam dotarlismy, musielismy przejsc przez przelecz.
Nie bede sie duzo rozpisywac o ponad 2 godzinnym trekkingu w jedna strone,
dla mnie byl to spory wysilek, 
bo nie czesto chodze z ciezkim plecakiem po gorach.
Ta wyprawa jednak uswiadomila mi, 
ze moja kondycja fizyczna jest po prostu do bani!
Trzeba bedzie cos z tym zrobic!

ale po koleji,


Trekking zaczelismy przy pieknej slonecznej pogodzie.
Pierwsze kilometry byly po dosc plaskiej, rownej i latwej drodze.
 Wedrowalismy wsrod szczytow, 
mgielek i chmur, 
a widoki zmienialy sie nam z minuty na minute






Tu na chwile mgla zaslonila nam widocznosc,



by pozniej z kolei odslonic inne szczyty i kolejne widoki




Niesamowite uczucie, jakby wedrowac sobie sciezkami w niebie,
ponad chmurami.
Gesia skorka u mnie pojawiala sie dosc czesto, 
i to nie z zimna...






Kolejne kilometry prowadzily lekko w gore, puls zaczal przyspieszac.
Tego dnia nikt sie nie spieszyl, nikt nie poganial, 
kazdy z nas chlonal te piekne widoki pelna piersia.


Ponizej Trzy Szczyty od tylniej czesci, 
musielismy je sporo obejsc,
zejsc w doline, i wspiac sie na inne wzgrorze by w wieczornym swietle 
sfotografowac je w pelnej krasie.





Tre Cime od tylu ☺️





Ola przygladajace sie Trzem Szczytom spowitych mgla





Czy widzicie na zdjeciu u dolu
w oddali, u podnurza gory (ten jasny oswietlony przez slone wapien, sutek erozji)
 widzicie sciezke ktora prowadzi lekko w gore?
Ida tamtedy dwaj urysci.
Sciezka na zdjeciu nie wyglada na stroma,
jednak jej wzniesienie bylo na tyle pochyle, 
ze musialam kilka razy robic sobie przystanki by moc zlapac powietrze w pluca,
zreszta nie tylko ja.







co kilkanascie metrow krajobraz wokol zmienial sie, 
a wszystko dzieki mknacym chmurom, 
ktore to tworzyly wspaniale kompozycje i efekty swietlne




Po godzinnym trekkingu, doszlismy do wzniesienia z ktorego bylo widac nasz cel,
 oznaczalo to dla nas ze polowa drogi byla juz za nami.
Na miejscu przywitaly nas ptaszydla!

Widzieliscie "Ptaki" Hichcocka, 
wrrrr nie lubie ptakow, a wlasciwe to sie ich cholernie boje,
Przejsc obok nich doprowadzalo do palpitacji mojego serca.
Uffff koszmar, 
oczywisci wszyscy inni mieli ze mnie niezly ubaw.
Jakos przeszlam obok nich i przezylam 🥵




Widzicie te czerwona pomocnicza linie na zdjeciu ponizej?
Podzielilismy sie na dwie grupy, jedna poszla dolem, 
a druga w ktorej bylam ja i Wiking poszlismy gora...
Gorna trasa wydawala  sie lagodniejsza i bez duzych roznic poziomow, 
jedynie w koncowym odcinku trzeba bylo sie troche wspinac.

Droga byla przyjemna i bardzo widokowa, oprocz dwoch punktow, 
gdzie zmrozimo mi doslownie krew w zylach.
W dwoch miejscach musiala zejsc jakas lawina, bo drozke nasza
zmiotlo, i trzeba bylo znalesc inna droge by ominac te "dziury".
No nie powiem, z ciezkim plecakim ktory masz wrazenie ze ciagnie cie w dol
nie bylo mi do smiechu.
Nawet mialam moment kiedy chcialam sie wycofac
 i wrocic cala trase, by wybrac sie ta dolna droga, ktora posza druga czesc grupy.
Na szczescie pomoglismy sobie wzajemnie 
i przeszlismy bezpiecznie oba "urwane"odcinki.





A tu kilka fotek z wedrowki ta gorna polka.
Pogoda byla perfekcyja!
Ani za cieplo ani za zimno
przyjemnie sie szlo i podziwialo te majestatyczne gory.



Pamiatkowa fotka: Karol, Janusz i Wiking.
Jak widzicie usmiechniety i odzyl na tej wyprawie.
Nie ma nic lepszego na chorobe jak swieze powietrze 😋



A tak wyglada ta droga juz od drugiej strony, 
po wspieciu sie na ten ostatni stromy odcinek. 


15 minut na krotki oddech przy schronisku,
pamiatkowe zdjecie grupy

Foto: K.Nienartowicz


 jakis posilek by pozniej kontynuowac wspinaczke by moc sfotografowac 
te oto wieczorne widoczki:

Musze tez dodac ze to byl najladniejszy, 
zachod slonca z calej naszej wyprawy w Dolomity.




Z kilku jaskin znajdujacych sie nieco wyzej u podnoza gory,
zrobilismy te oto ujecia.
Wapienie nabraly przecudnego zlocistego koloru od zachodzocego slonca.

Bylo magicznie 🥰




Slonce powolutku zachodzilo za horyzont, 
zaczelo sie zciemniac i ochladzac.
Dla nas oznaczalo to droge powrotna w ciemnosciach,
przy latarkach czolowych.
Godzina byla ok 18.30
Dla bezpieczenstwa droge powrotna wybralismy ta dolna trase.



Ostatni widoki na wierzcholki gor, ktore powolutku zaczela 
spowijac mgla.
Godzinny powrotny trekking w ciemnosciach, 
by dojsc do tego punku gdzie ptaszydla patrolowaly miejsce, 
na szczescie o tej godzinie juz spaly
i nie straszyly 🙃


Po dotarciu do tego punktu, zostalismy na jakies 30-40 min
by sfotografowac Trzy Szczyty w nocnej szacie.

O to kilka z moich zdjec nocnych, z Droga Mleczna w tle.



Mgly przeplywaly ponad naszymi glowami.
Byl tez taki moment, gdzie zakrylo nas na kilka dobrych minut.
Zimno i wilgoc ktora przyszla wraz z mgla byla wyraznie odczuwalna.

 





To byl niesamowity dzien i owocny wieczor.
Moim zdaniej najciekawszy punkt calej wycieczki.

Do samochodu wracalismy bardzo zmeczeni.
Ale dla takich widokow, warto wypluwac pluca, zedrzec stopy
i czuc na dzien nastepny wszystkie bolace miesnie.

Tej nocy chyba nikt nie mial problemow ze spaniem.
Ja pewnie chrapalam ze zmeczenia jak niedzwiedz 🤣
Na szczescie wszyscy byli tak zmeczeni ze nikt nikogo nie slyszal chrapiacego.


Ostatnie zdjecie wieczoru, widok w strone schroniska,
mgla spowijala wszystko do snu.



To tyle na dzis.
Mam nadzieje ze w miare obrazowo
przedstawilam Wam nasz intesywny i owocny w przezycia dzien.

Zycze milego dnia.


❣️
a juz nie dlugo 


CDN...









2019-11-06

Wloskie Dolomity / Autumn trip to the Dolomites / Höstresa till Dolomiterna (Part 1)



Moi Drodzy, 
tydzien temu wrocilam z fantastycznej tygodniowej foto wyprawy 
w Dolomity wloskie. 
Ohhh co za WYJAZD!!!!

Opowiesci bede musiala podzielic na kilka czesci, 
bo zdjec mam naprawe duzo, i opowiadac tez jest co.

Jestescie gotowi? 
Zaczynamy :)


Tydzien przed wyjazdem byl dla nas bardzo pracowity. 
U mnie w pracy kociol a u Wikinga stres, 
nadgodziny z powodu wprowadzenia jakiegos nowego systemu.
Cala sprawe  niestety przyplacil zdrowiem.
Dopadl go polpasiec tuz przed wyjazdem! 
I w dodatku na nieszczescie wysypalo go na twarzy!
Bylam pewna ze nie pojedziemy na te wyprawe!

Przemowilam Wikingowi do rozsadku, bo on z tych co mowia: 
"oj tam, przejdzie mi",  
i poszlismy jeszcze tego samego dnia kiedy wystapily plamy na twarzy,
  do lekarza.

Dostal dosc wczesnie leki przeciwwirusowe, co pomoglo znaczaco 
jeszcze przed samym wyjazdem.
Odchorowal rowniez jeden ranek na wyjezdzie, ale szybklo sie pozbieral.
Mysle ze chec podrozy i fotografowania, zwyciezyla chorobsko.


Jeszcze tylko dodam dla humoru, w dzien wylotu przypudrowalam go nieco,
bo obawialam sie, ze na lotnisku lub w samolocie bedzie straszyc ludzi, 
w tym sensie, ze beda sie obawiac ze to jakies  zakazne chorobsko.
Nie wygladalo to dobrze, 
i sama chyba bym sie niezle obawiala siedziec obok takiego.

Zeby nie bylo nam za lekko, to rankiem tego samego dnia 
moj samochod odmowil posluszenstwa.
Wlasciwie prawie dojechalam do pracy, gdy na jednej z bardzo waskich drog 
musialm sie zatrzymac i ustapic pierwszenstwa przejazdu 
wtedy poczulam niezly smrod spalenizny.
Wyrwalam z samochodu czym predzej, bo myslalam ze sie po prostu pale!
Na szczescie dymu czy ognia nie widzialam.
Okazalo sie ze moje hamulce sie zablokowaly, 
i niezle zapiekly na tarczach hamulcowych.
Cale kolo wraz z opona bylo gorace!

Samochod musialm odstawic do serwisu, a do pracy jezdzilam az o 1,5 
godziny wczesniej bo zabieralam sie z Wikingiem.

Te wszystkie przedwyjazdowe niespodzianki i problemy
przyczynily sie do tego, ze nie mialam jakies wielkiej ochoty na ten wyjazd.
Zmeczenie odbilo sie rowniez na moim pakowaniu, ale o tym pozniej w poscie.


Wycieczke wykupilismy wiele miesiecy na przod, na poczatku stycznia 2019 roku.
Trafilismy w internecie na polska firme Pawla Pardaly - AVENTURE.PL
i zobaczylismy, ze organizuje wyprawe w Dolomity 
wraz z gorskim fotografem Karolem Nienartowiczem.
Zdjecia Karola znalam i podziwialam od dawna, wiec to byl dla mnie duzy plus tej wyprawy.


Moj Wiking byl nieco przerazony ta wycieczka, w obawie przed 
tygodniowym "bombardowaniem" jego mozgu j.polskim
Ale... nie bylo tak zle. 
Przezyl  🙃


Ekipe mielismy super. 
Bardzo fajna zgrana 8 osobowa "PACZKA".
Bylismy bardzo zdyscyplinowani, bez opoznien z wyjazdami na wschody czy zachody slonca.
Mam nadzieje ze Pawel widzial i docenial to.
A uwierzcie mi, mialam juz wyjazdy gdzie ludzie opozniali kazdy wyjazd, 
co powodowalo frustracje i zla atmosfere w grupie.

Pawel, bardzo dobry kierowca z wygodnym samochodem!
To wazne gdy sie robi ponad 2500km
Swietny organizator, ktory dba o szczegoly.
Zorientowany dobrze w tym co mial nam do zaoferowania, 
a wraz z Karolem tworzyl profesjonalny foto-duet. 

Moge bez mrugniecia oka polecic zarowno Pawla jako organizatora,
jak i Karola doswiadczonego gorskiego fotografa, ktory spedzil z nami kilka wieczorow,
 by podzielic sie swoja wiedza i doswiadczeniem.


🍁❤️🍀❤️🍁


 Do Polski przylecielismy dzien wczesniej, w piatek, 
bo wyjazd w Dolomity byl wczesnym rankiem w sobote.
Moi bracia odebrali nas z Krakowa i zawiezli prosto na spotkanie z rodzina.
Takze piatek zdazylam sie zobaczyc z cala moja rodzinka, 
co mnie ucieszylo ogromnie.
Moja roczna bratanice Laure, widzialam po raz pierwszy.
Milo i bardzo intesywnie spedzilismy czas, 
bylo jak we wloskiej rodzinie, glosno i energicznie.
Moja Mama oczywiscie zrobila dla nas fantastyczne przyjecie
z polskimi delikatesami❤️. 
Naprawde napracowala sie niezle, by nas tak bogato ugoscic. 
Nawet moja znajoma Teresa znalazla czas, by sie z nami zobaczyc, 
cenie to podwojnie, bo to kobieta bardzo zajeta, 
ciezko pracujaca i ciagle u niej brak czasu.


🍀🍀🍀

Sobotni wyjazd z Sosnowca az do granicy Austriackiej przejechalismy w mglach.
Szczerze mowiac obawialam sie ze taka pogode mozemy miec rowniez w Dolomitach.
Pomyslcie, jechac w Alpy by podziwiac te majestatyczne gory,
a tam tylko mgla?

Na szczescie juz w samej Austrii pogoda sie poprawila i moglismy podziwiac 
pierwsze odsloniete szczyty gor.


Ponizej ausrtiacki Pensjonat MARIA THERESIA w miejscowosci
Bad Goisern, w ktorym zatrzymalismy sie na 2 noce.
Co mnie urzeklo w Austrii,
 to to, iz tam wciaz kwitly sobie przepieknie kwiaty, ktore wszedzie zwisaly z balkonow.
I ta austriacka architektura, tak specyficzna dla tego regionu.
Czysciutko i uroczo.






W pensjonacie po rozpakowaniu moich tobolow i przygotowaniu sprzetu do
fotografowania doznalam niezlego szoku!

Otoz, zapakowalam zly szerokokatny obiektyw!
Tak to jest jak sie ma dwa! 
Kilka dni przed wyjazdem, zaswiecila nam zorza na niebie 
i biegalismy po nocy focic te Zielona Dame.
Do tych celow (nocnych zdjec), uzywam mojego 14mm obiektywu Sigmy Art.
Caly problem polegal w tym, ze tej nocy, wracajac z wojazy, zapomnialam sobie
zapiac spowrotem ten drugi moj szerokokatny objektyw do fotografii krajobrazowej (dziennej)
czyli Tamron 15-35mm, do ktorego mam komplet filtrow wraz z holderem. 

Ta moja "czternastka"  ma mniejsza srednice i holder po prostu sie na niej nie trzyma!
Naprawde cisnienie  mi skoczylo niezle! 
Nie wiedzialam jak ten holder do 14-tki zamocowac, by sie mi jakos stabilnie trzymal.

Na szczezscie Pawel poratowal mnie bandazem, ktory mial w samochodowej apteczce
i zdolalam jakos ten holder zamocowac na mojej czternastce.

Niestety montaz musial byc na stale! tzn na czas fotografowania. 
Zbyt duzo czasu zajmowalo zamocowanie go, by trzymal sie stabilnie na objektywie.
Jakikolwiek nieodpowiedni, niestabilny montaz holdera 
mogl spowodowac jego odpadniecie a co za tym idzie strzaskanie filtrow!
A to bylaby zbyt droga pomylka jak dla mnie.

To natomiast oznaczalo, ze te same filtry/holder 
ktory moglabym uzywac za pomoca przejsciowki na innym obiektywie (zoomie) 
teraz musial siedziec na stale na tej czternastce.

Ufff nie powiem, bylam bardzo zla sama na siebie, bo stalka do krajobrazu 
zwlaszcza gorskiego i to 14mm, czasem jest za szeroka!

Tak oto wygladal moj aparat z zamocowanym filtrem.
Wszedzie wzbudzal spore zainteresowanie innych fotografow, 
bo wygladal jak inwalida po jakies wojnie, albo ciezkim upadku.


Inny problem, ktory wystapil z tym mocowaniem byl taki, 
ze holder winietowal mi wszystkie zdjecia na rogach, 
bo siedzial za gleboko na objektywie.
No ale nie mialam zbytnio duzego wyboru, 
jak walczyc o dobre foty tym co w danej chwili posiadalam.

Po powrocie do domu mialam sporo pracy, wciaz mam,
 bo nie przebrnelam jeszcze przez wszystkie zdjecia, 
a mianowicie przycinanie wszystkich zdjec z 14-tki bo mialy winiete.
No ale dosc juz tych technicznych problemow.



Czas na relacje fotograficzna.

📸🍀📸

Ponizej widoczek z balkonu, 
przepiekna, ciepla i kolorowa jesien nas przywitala w tym miejscu.





Rankiem nastepnego dnia, 
pojechalismy fotografowac wschod slonca w miasteczku Hallstatt,
Niestety trafilismy na remont wiezy kosciola, ktora byla oslonieta rusztowaniem,
co psulo nam nieco kadr.


Cudne kamienice, fantastyczna architektura 
no i te kwiaty, kwiaty ktore byly doslownie wszedzie.
Bajecznie!






Po porannym foceniu, wrocilismy do pensjonatu
 by posilic sie przepysznym sniadaniem, nabrac sil 
i spakowac sie na kolejna wyprawe.
Dzien spedzilismy w Austrii, za to juz wieczor zameldowalismy sie we Wloszech.




Naszym celem tego dnia byla podroz Alpejska Droga Wysokogorska 
(Großglockner Hochalpenstraße), 
ktora biegnie przez przelecze Fuscher Törl oraz Hochtor 
a konczy sie w Kaiser-Franz-Josefs-Höhe 
u podnozy lodowca Pasterzen  Kees.


Zanim dotarlismy na szczyt, szybki wyskok z samochodu, kilka fot
pstryyyyyyk -  i tadaaaammmm !



Widoki niesamowite i ta wysokosc,
przestrzen,
gory,
szczyty,
 mknace dramatyczne chmury

Epicko!!!  😍


Panorama von der Edelweiß-Spitze, byla ciekawym punktem naszego wyjazdu.
Znajduje sie tam parking, ktory jest prawdobodobnie najwyzej polozonym 
parkingiem na swiecie.
Znajduje sie na 2571m npm.

Wialo nam tam niemilosiernie, paskudnie zimny wiatr. 
Dla nas mieszkancow Norwegii to nic nowego, 
bo my jestesmy przyzwyczajeni do takich arktycznych i porywistych wiatrow.
Ale nie powiem, bylo ZIMNO!

Panorama z tego miesca byla niesamowita.
I nie mam tu na mysli tej plaszy informacyjnej 🤪 ktora widzicie ponizej!



A to chyba parkingowy.
Nie byl zbyt rozmowny 🤪



A to widoki o ktorych mowie, 
cudne gory, kolory, formy, rzezby, i te swiatlo!
Czlowiek czuje sie jak mala mrowka w tej gorskiej przestrzeni.






Kolejnym naszym przystankiem byl Lodowiec Pasterzen,
ktory jest polozony we wschodniej czesci masywu Großglockner
w Parku Narodowym Hohe Tauern i ma dlugosc ok 8 km.

Prowadzi tam juz wspomniana Wysokogorska Droga Alpejska.
Jechalismy 16 km bardzo kreta droga wsrod przepieknych wzgorz 
pokrytych cudnie zlocisto-zoltymi modrzewiami.

Bozeeee co za przepiekne widoki podziwialismy!!!
a gdy slonce przyswiecilo, czulismy sie jak w zaczarowanym, basniowym swiecie.

Niestety nie mam ani jednego zdjecia tych przepieknie zoltych modrzewi,
nie bylo szans na zatrzymanie samochodu i zrobieniu kilku zdjec.
W samochodzie siedzialam w srodku wiec na zdjecia zza szyby 
rowniez mialam marne szanse.


Na miejscu pogoda byla pochmurna. 
Niesamowity kontrast pogodowy, zaledwie w przeciagu 16km taka radykalna zmiana.
Ze sloneczych wzgorz do zachmurzonego nieba nad lodowcem.
Nie powiem, szarosci pasowaly do tego lodowcowego klimatu.

Pasterzen jest najdluzszym lodowcem w Alpach Wschodnich.
Co ciekawe lodowiec ma swoj poczatek na wysokosci 3700 m npm
a jego czolo schodzi do 2000m npm
Jak wszystkie lodowce na tej planecie, rowniez i ten topi sie w dosc szybkim tempie.
Najnowsze dane mowia ze za ok 100 lat po tym lodowcu nie bedzie sladu 😢
Co roku lodowiec jest o 7-8 m wezszy i traci na swej dlugosci ok 20-40m




Ponizej jezioro polodowcowe



Taras widokowy









Kolejnym przystankiem byla dla nas wloska miejscowosc
Lago di Antorno.


Jak przyjechalismy na miejsce, 
mielismy duzo szczescia, nie bylo zbyt wielu fotografow.
Niestety po okolo pol godzinie, przyjechal autobus i... bylo po zabawie.
Przyjechala ekipa z Chin z telefonami i aparatami 
i biegala doslownie wszedzie wchodzac wszystkim w kadry 

wrrrrr, koszmar!








Po tej inwazji, nie pozostalo mi nic innego jak fotografowac szczyty,
 wtedy zaden Azjata nie mogl mi sie wkrasc w kadr.
Mgiekli byly cudne, wiec i szczyty rowniez mialy swoj urok i magie.







Wieczor marzyl nam sie z przepieknym zachodem slonca,
niestety nie dane nam byly takie widoczki w tym dniu.

Wieczorne fotografowanko spedzilismy 
w miejscowosci Lago di Misurina.
Dla mnie nie latwe miejsce do fotografowania,
 bo 14mm stanowczo tam za malo, a na zooma nie mialam filtrow.
Probowalam trzymac filtry w rece ale przy dluzszej expozycji to nie latwa rzecz.

Dlatego z tego miejsca tylko dwie fotografie





Po wieczornym plenerze przyjechalismy zameldowac sie 
w Hotelu Piccolo Pocol w regionie Cortina we Wloszech.
Odswiezylismy sie, troche odsapnelismy a potem pognalismy 
na kolacje do lokalnej pizzerii.
Fajny wloski klimat.

Tego wieczoru Wiking nie czul sie najlepiej, byl oslabiony 
i nie zjadl nic.


Po kolacji wrocilismy do pokoi hotelowych,
zas pozny wieczor spedzilismy milo czas na warsztatach z Karolem.
Opowiadal nam o podstawowych rzeczach dotyczacych 
fotografii krajobrazowej.

To wszystko na dzisiaj

CDN...

❣️


No i jak Wam sie podobaly relacje z pierwszych dni wyprawy?

Mam nadzieje ze nabraliscie ochoty i bedziecie czekac niecierpliwie 
na kolejne zdjecia  i opowiastki z wyjazdu.


tymczasem 
zycze Wam przyjemnego wieczoru.