Miłość nie boli. Ból sprawiają ludzie, którzy nie potrafią kochać... Love doesn't hurt. Pain is caused by people who cannot love...

TRANSLATOR

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolomity. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolomity. Pokaż wszystkie posty

2025-10-15

Powrót do domu, miasteczko Bolzano, Dolomity cz.7


DOBEREK Kochani!!!!

Gdyby nie oni,
nie było by tych postów i zdjęć!
Poznajcie naszych przewodników: 
to Agnieszka i Bogdan,
którzy zorganizowali nam ciekawie i intensywnie
ten fantastyczny pobyt w Dolomitach.
Fajnie zakręceni, pozytywni, energiczni ludzie
z dużą wiedzą na temat szlaków i miejscowości,
które odwiedzaliśmy.

Po tej wyprawie nabrałam ochoty na kolejne wyjazdy
z Horyzontami w Dolomity, a mają ich kilka w swoim programie.
Każdy wyjazd w innym regionie Dolomitów.
Jedno jest pewne, kto raz wjechał w tę magiczną krainę Dolomitów,
zapragnie tam powrócić.
Zajęło mi to 6 lat, by ponownie je odwiedzić,
ale cierpliwość popłaca 💕

💢💢💢

Dziś wrzucę Wam trochę fotek z telefonu z dnia wyjazdu,
gdzie w drodze do domu, zatrzymalismy się na kilka godzin w miasteczku Bolzano.



Pogoda tego dnia była przepiękna, słonecznie i cieplutko.


Jak widzicie ruch spory i turystów dużo.
Na szczęście przyjechaliśmy tam w godzinach przedpopołudniowych,
wiec udało się znaleźć też wolne miejsca w kawiarenkach na zewnątrz,
by napić się dobrej włoskiej kawy,
i zjeść smaczne lody.


Bolzano to malownicze miasteczko położone w sercu Południowego Tyrolu, 
 Miejsce, w którym spotykają się dwie kultury, włoska i austriacka,
co słychać nie tylko w języku, ale też widać w architekturze, 
kuchni i codziennym życiu mieszkańców.

Otoczone majestatycznymi Dolomitami, Bolzano 
zachwyca zarówno miłośników natury, jak i historii. 
Warto odwiedzić stare miasto z klimatycznymi uliczkami, katedrę Santa Maria Assunta, 
a także Muzeum Archeologiczne, w którym można zobaczyć słynnego Ötziego
 człowieka lodu sprzed ponad 5000 lat.
Do muzeum się nie wybrałam, ale poczytałam o Ötzim w internecie.



Tu oczywiście nie umknęło mojemu oku,
rzeźby w metalu, którymi były udekorowane okna.
Fajne co?




Obeszliśmy ryneczek, gdzie było sporo kolorowych straganów
pełnych warzyw, owoców, przypraw, win itd


Wybraliśmy się tez na włoską pizzę, 
gdzie przy nas na widoku ją wyrabiano i wypiekano.


Na sam koniec wpadłam do sklepu z czekoladą i produktami Loacker
do odwiedzenia którego namówiła mnie Ewa.
Zakupiłam kilka łakoci.

A w drodze powrotnej do domu, w Austrii 
zakupiłam również moje ulubione czekoladki Mozart
oryginalne i te w białej czekoladzie.
Uwielbiam ich smak 😉
(Niestety ślad po nich już dawno zniknął 😂)

Kochani, jeśli lubicie trekkingi po górach,
z czystym sumieniem, mogę Wam polecić Horyzonty,
i nie, nie zapłacono mi, by ich reklamować, 
ale uważam, że warto informować w internecie,
o fajnych wyjazdach
i nie za grube pieniądze.

Nie wiem jak się podobało innym uczestnikom tego wyjazdu,
ale to mój kolejny z nimi wyjazd z którego jestem mega zadowolona.
Mam nadzieję, że nie jedną przygodę z nimi jeszcze przeżyję.

Bo dla takich właśnie chwil
się ŻYJE 😘😎

Miłego Dnia 😘

2025-10-11

Val di Fassa i schronisko Rifugio Vajolet. Dolomity cz.6

 


Witam, witam 
i o zdrowie pytam.
Jesień mnie dopadła, nos zapchany,
jeszcze dwa dni temu ledwie żyłam.
Byłam paskudnie osłabiona, poty raz zimne raz ciepłe.
Na szczęście okazało się, że to (tylko, a w moim przypadku AŻ) zatoki.
Płukanie nosa przynosi pozytywne efekty, choć nos w ciąż zatkany.
Przez pierwsze dni myślałam, że głowa mi eksploduje.
Ale... najgorsze minęło i już czuję się lepiej.
Najlepsze lekarstwo na taką niedyspozycje jest
skok do łóżka i porządny wypoczynek.
I wiecie co? można wyleczyć się totalnie bez chemii!
Ludzie zapomnieli o dobroczynnych naturalnych metodach,
które może nie są tak spektakularnie szybkie jak
zastosowanie chemii, ale też mają moc 
i nie wyjaławiają tak organizmu jak leki.
Jestem za tym, by dać szansę organizmowi, by sam sobie poradził
z walką z bateriami i wirusami. 
Myślę, że stres i dużo pracy przez ostatnie miesiące
też pomogło w tym, że mi tak przywaliło.

Ale już jest lepiej
i dziś jestem tu po to, by dokończyć moje relacje z urlopu
z Włoch.

Liczę na to, że 
ktoś mnie czyta a jak nie czyta to może 
ogląda zdjęcia. 



Gdzie Was dziś zabiorę?
 odwiedzimy dziś Vigo di Fassa, miejscowość 
położoną w dolinie Fassa, w regionie Trentino, 


Na ten dzień zapowiadano opady, a nasi przewodnicy zastanawiali się,
 czy zdążymy zrobić pętlę i obejść zaplanowane miejsca.
Do Viago di Fassa wybraliśmy się najpierw pieszo z hotelu, 
do kolejki linowej, by wjechać nią na wysokość 1997m n.p.m..
a z tamtąd rozpocząć pieszą wędrówkę do schroniska 
położonego na 2244 m n.p.m.




Podzieliliśmy się na dwie grupy, jedna która miała opcję przejść dłuższy odcinek, 
i wybrać się w górę i zboczem dojść do schroniska Vajolet.
Zaś druga opcja była, wybrać się krótszą i łatwiejszą drogą, bardziej zieloną,
również do tego samego schroniska.

Ponieważ nie lubię trekkingów w deszczu,
wybrałam krótsza opcję.
Sami zobaczcie jakie chmury kłębiły się nad szczytami tego dnia.



Niebo było stalowo-szare.
Na szczęście od czasu do czasu 
słońce przepięknie nam oświetlało szczyty.


Szczerze mówiąc uwielbiam taki klimat w fotografii,
 dodaje niebu dramaturgii a samemu zdjęciu dynamiki.



Ale jak to w górach bywa, pogoda szybko się zmienia
i mieliśmy nawet momenty, gdzie było widać błękit nieba.


Po nie całej godzince doszłam do pierwszego schroniska Rifugio Gardeccia 
Tam sobie posiedziałam dłuższą chwilkę, przy kawie.
W końcu bez pośpiechu mogłam 
napatrzeć się na te przecudne szczyty wokół.
Przyglądałam się chmurom, które przetaczały się nad szczytami.




Siedząc tak, odpoczywając, sącząc pyszna kawę 
zrobiłam tez trochę zdjęć okalających szczytów.
Bardzo się cieszyłam, że wybrałam "leniwą" opcję,
bo miałam w ten dzień więcej czasu na obserwacje przyrody,
a nie tylko pilnowania tempa i patrzenia pod nogi, by gdzieś nie wyrżnąć 😊
A robiąc po drodze zjęcia, zawsze miałam tyły!
Nie tym razem 👍



Zazdroszczę Włochom, takich cudnych szlaków
wsród przyrody,
 niezatłoczonych, 
cichych...
Aż chce się tam spacerować



Podchodząc wyżej, wciąż kłębiły się ciężkie chmury,
temperatura za to była idealna,
okolo 20 stopni, 
a szlak w górę osłonięty od większych wiatrów.
Szło się naprawdę przyjemnie.



Spójżcie! 
Rowerzyści, wszakże na elektrykach, ale fajnie było widzieć 
srebrnowłosych facetów, którzy cisną pod te góry.
Nie trzeba być nastolatkiem z mocnymi nogami, by wjechać na górę.
Fajnie, że mamy dziś takie możliwości.



Nie zdążyłam, sfotografować policjantów, 
którzy najpierw wjeżdżali na rowerach pod górę,
a potem w drodze powrotnej też ich spotkałam, jak już zjeżdżali.
I powiem Wam, polscy policjanci (niektórzy) powinni brać z nich przykład.
Szczupli, wysportowani, z kondycją... 
sportowe ciemne ubrania,
 i tylko napis POLIZIA zdradzał, że to policjanci. 
no i... cholernie przystojni 😜

U dołu na zdjęciu widzicie ścianę, którą wybrała się ta druga grupa.
Ewa była z nimi, i potem mi opowiadała, że szlak nie był łatwy, dużo obsuwów
i sypiących się kamieni.
Trzeba było uważać, by nie ujechać.


a tędy schodzili.


Ja natomiast powolutku zbliżałam się do schroniska Vajolet.


Tu zaplanowałam sobie godzinną przerwę.


Spójrzcie jakie nieziemskie widoczki z oka miałam.
I wiecie co?
Siedziałam tam tak sama, bo inni turyści siedzieli na zewnątrz,
i byłam wdzięczna, za to, że mogę oglądać TAKIE widoki.
Zamówiłam sobie cappuccino i ciasto orzechowe,
które smakowało jak niebo w gębie 😄
I... oddałam się chwili.

Popijałam kawę, zajadając się ciachem 
zawieszając się na długo w tym widoku z okna.


Po jakimś czasie, do schroniska dobiła grupa emerytów,
którzy zapytali po angielsku, czy się mogą do mnie dosiąść.
Średnia wieku w tej grupie na moje oko, grubo po 60-tce!
Zgadnijcie z jakiego kraju byli? 😜

Rozmawiali, po szwedzku i norwesku.

A jak się odezwałam po norwesku i spytałam skąd przyjechali 
zdziwienie ich było ogromne.
Ale zaraz po tym, rozwinęła się sympatyczna rozmowa
miedzy nami.
Okazało się, że to grupa emerytów, entuzjastów górskich wypraw
ze Szwecji, a kilka osób z Norwegii to ich znajomi,
którzy z nimi się wybrali, by dreptać razem po górach.
Chwalili się tez, że byli w Gdańsku i Krakowie
i że Polska to przepiękny kraj,
dobre jedzenie i mocne piwo 😂

Podpytywali mnie gdzie mieszkam i skąd znam język.
A jak się dowiedzieli, że mieszkałam zarówno w Szwecji i w Norwegii
zapłonęli przyjaźnią od razu 😂😂😂😂
A potem pytali:  a gdzie Ci się podobało bardziej?
Typowe przekomarzanie się Szwedów i Norwegów.

Ta godzinka w schronisku tak szybko zleciała,
że sama nie wiem kiedy.
Czas mi było w drogę powrotną.


💢💢💢

Schodząc w dól mijam tablice


upamiętniającą dr. Vinicio Dalla Vecchia i ks. Bartolomeo Dal Bianco, 
którzy zginęli tu 17 sierpnia 1954 roku. 
Ich historia łączy miłość do gór z głęboką wiarą 
a słowa z tablicy przypominają, 
że „żadne szczyty nie napełniają serca tak, jak szczyty Boga”.


To wzruszające słowa, które przypominają, 
że wędrówka po górach to nie tylko fizyczne wyzwanie, ale także podróż wewnętrzna.

Coś w tym jest!!!

Warto dodać, że we wrześniu 1997 roku diecezja w Padwie 
rozpoczęła proces kanonizacyjny dr. Vinicio Dalla Vecchia, 
co nadało tej historii jeszcze głębszy wymiar duchowy. 
Dziś miejsce to jest nie tylko punktem pamięci, 
ale też świadectwem wiary i odwagi ludzi, 
którzy w Dolomitach szukali zarówno piękna przyrody, jak i obecności Boga.



💢💢💢

Mijamy urocze domki


Trochę detali przykuwających mój wzrok,
prostota i natura 😉


No i kłębiące się wciąż chmury,
deszczu wciąż nie ma


Dla odmiany trochę błękitnego nieba


Powrót do górnej stacji kolejki,
a tam kolejna godzina do spędzenia, 
bo czekaliśmy aż druga grupa dojdzie do nas.
Zdążyło nas trochę zrosić, ale szybko przeszło.

Wyłożyłam się na leżaku z takim widokiem
a słońce znów mi pięknie oświetliło szczyty :)


Ja czekałam na Ewę,
bo w planach miałyśmy jeszcze przejście po sklepach
w drodze powrotnej.
Kupiłyśmy sobie fajne bransoletki na pamiątkę,
zjadłyśmy przepyszne lody
a w drodze do hotelu złapała nas potworna ulewa.
Potem waliło piorunami i lało się z nieba niemiłosiernie.


W sumie to mieliśmy fuksa z tą pogodą,
 bo grzecznie poczekała na nas z opadami 😉

Wróciliśmy do hotelu dość wcześnie,
ale trzeba było się pakować, bo to był ostatni nasz dzień.
Trochę było żal wyjeżdżać z tej baśniowej krainy.

Wyskoczyliśmy jeszcze w tym deszczu na ostatnie zakupy, 
do spożywczego, dobrze zaopatrzonego sklepu
nieopodal hotelu.
Bez oliwy z Włoch się nie wraca 😉
parmezan tez znalazł miejsce.


Kochani na dziś, to wszystko.
Mam jeszcze pare zdjęć z telefonu
z drogi powrotnej, 
gdzie spędziliśmy kilka godzin w miasteczku Bolzano.

Zobaczę, czy coś z tych zdjęć nadaje się na kolejnego posta.


Tymczasem, życzę Wam
spokojnego weekendu


SERDECZNOŚCI 💜💜💜

2025-09-17

Sassolungo, kolejka "ołówkowa" i Marmolada w tle / Sassolungo, the "pencil" cable car and Marmolada in the background / Dolomity cz.4

 


Masyw Sassolungo to klasyczne górskie szczyty, 
które wyrastają wprost z zielony łąk, 
tworząc majestatyczne ściany. 
To jedna z najmniejszych grup Dolomitów.
To tam Was dziś zabiorę na fotorelację.





Muszę kiedyś wybrać się w Dolomity na 2 całe tygodnie, 
by na przemian mieć dzień trekkingu 
a potem, na drugi odpoczynek na takich leżaczkach, w słońcu
degustując się cudownymi widoczkami, zajadając croissanta i popijając przepyszną kawę.
Trochę żałowałam, 
że w niektórych miejscach nie mogliśmy pozostać dłużej
by nasycić do bólu oczy i mózg.

💢💢💢

Grupę tym razem podzielono na wchodzącą i wjeżdżająca.
A dziś podjeżdżamy i wchodzimy TAM gdzie pokazuje palcem.
Ja wybrałam wjazd kolejką, bo taką "ołówkową" jeszcze nie jeździłam.
W internecie można spotkać jeszcze inną, mniej ciekawa nazwę kolejki: "trumnowa" 😖


Jeśli chodzi o sama kolejkę, okazuje się,
że to taka jedyna w całej Europie, no więc nie mogłam odpuścić 
takiej okazji.



Mieszczą się w niej tylko 2 osoby, takiej normalnej budowy ciała 
i z dodatkowym małym plecakiem.
Samo wsiadanie do kolejki to ciekawe doświadczenie.
W odstępie ok 2 metrów od siebie, są 2 stanowiska 
do ustawienia się przed wsiadaniem do kolejki.
Najpierw wsiada osoba dalej stojąca, 
a właściwie jest wpychana do kolejki przez obsługę
a następnie wskakuje kolejna osoba, dociskana do tej pierwszej
a następnie zamykają drzwi kolejki od zewnątrz i... 
jedzie się w górę.




Nie mam za dużo zdjęć z kolejki, bo było ciasno i ledwie można było ruszyć ręką
o jakimś obróceniu się w tej kolejce można było zapomnieć.



ale... znalazłam ciekawy film na YT 
(włączcie w ustawieniach HD by mieć ostry obraz)



Kolejka jedzie jakieś 10 minut w górę, 
a wysiadanie z niej, polega na jak najszybszym wytarganiu Cię z kabiny 
by kolejna osoba jadąca z Tobą zdążyła tez z niej na czas wyskoczyć.
Uśmiałyśmy się z Ewą nieźle z tego wysiadania.


Na gorze mieliśmy sporo czasu, bo musieliśmy poczekać na grupę wchodzące.
która weszła pod górę nawet szybko, bo w godzinę.
no i musieli potem tez trochę odsapnąć.

Ja w tym czasie pobiegałam z aparatem i zrobiłam trochę fotek z tego miejsca.
Duża tablica mówi o tym, że to teren również wspinaczkowy.
I powiem Wam, że gdyby nie ta informacja na dużej tablicy, nie zauważyłabym wspinaczy.
Dlaczego? Bo ta góra jest dość sporych rozmiarów, 
a wspinacze po prostu się w nią wtapiają.

 


A tu zagadka
Znajdź wspinaczy na zdjęciach u dołu 😊




Ciekawostką dla mnie było to, że miałam inne wyobrażenie drugiej strony tej przełęczy.
Bo, wjeżdzając kolejką przed górą mieliśmy sporą otwartą przestrzeń,
natomiast już na przełęczy okazało się, że druga strona góry to wąski kocioł,
gdzie schodzi się kamienistym, dość luźnych, sypkim i śliskim zejściem do doliny.





Schronisko Toniego Demetza tuż przy kolejce linowej i jego historia:


Był 17 sierpnia 1952 roku, 
kiedy piorun uderzył w schronisko SASSOLUNGO, 
uderzając w dwoje turystów z Mediolanu i ich przewodnika, 
młodego Toniego Demetza, 
pochodzącego z Santa Cristina i mającego zaledwie 20 lat.
Pierwszym, który pobiegł na miejsce wypadku, 
był Giovanni Demetz (zwany Giuani), ojciec Toniego. 
Niestety, było już za późno i Giovanni z bólem przyjął 
śmierć swojego pierworodnego syna.
Mimo żałoby Giuani zdołał zebrać wszystkie siły, 
aby bezpiecznie sprowadzić innych żywych do doliny.
Natychmiast potem wrócił na miejsce wypadku 
wraz z ówczesnym ratownikiem górskim, 
aby odzyskać ciała swojego syna Toniego i drugiego wspinacza.

To tragiczne wydarzenie stworzyło głęboką i nierozerwalną więź, 
niemal tęskny uścisk, między Giuanim Demetzem a Sassolungo,
a ta więź nigdy nie osłabła, z dnia na dzień wzrastała w nim determinacja, 
by zbudować tuż przy FORCELLA DEL SASSOLUNGO,
na wysokości 2685 m, schronisko, które mogłoby zapewnić schronienie wspinaczom.

W grudniu 1952 roku Giuani Demetz został uhonorowany odznaczeniem „Gran Ordine del Cardo” (hołd za największe akcje humanitarne i solidarnościowe w górach).
Z tej okazji wyraził Prezydentowi Republiki Włoskiej swoje życzenie.
Kilka miesięcy później rząd włoski, wyczulony na jego prośbę, 
udzielił mu pozwolenia na budowę małego schroniska na działce 
na szczycie FORCELLA DEL SASSOLUNGO, ku pamięci jego syna.

Jesienią 1953 roku rozpoczął budowę, a inauguracja budowy nastąpiła w 1954 roku.
Było to schronisko dla wspinaczy, dysponujące 6 miejscami noclegowymi. 
Wszystko, czego potrzebowali do prowadzenia schroniska, 
Giuani i jego rodzina nosili na ramionach, wspinając się stromą ścieżką do schroniska.
Dopiero w 1960 roku zbudowano kolejkę linową, 
która znacznie ułatwiła transport zaopatrzenia i sprzętu, 
a także umożliwiła rozbudowę budynku (27 miejsc noclegowych) w celu poprawy jego dostępności.


Obecnym zarządcą i właścicielem jest najmłodszy syn Giovanniego,
 Enrico Demetz, wraz z rodziną.
Co roku 17 sierpnia Enrico spotyka się na FORCELLA DEL SASSOLUNGO
z rodziną i przyjaciółmi na mszy świętej na świeżym powietrzu 
ku pamięci ukochanego ojca Giuaniego, 
brata Toniego i wszystkich alpinistów, którzy stracili życie w górach.

I jeszcze jedna ciekawostka, która zauważyłam na ścianie budynku,
zdjęcia z odśnieżania schroniska z 2013 r
Spójrzcie ileż tam śniegu zalega, i jaką niesamowitą pracę wkładają
zarządcy tego miejsca, by uruchomić te miejsce jak najszybciej po zimie


💢💢💢

No dobrze, to było trochę historii tego miejsca.
Grupa piechurów nam doszła, odpoczęła, 
wiec mogliśmy wyruszyć na drugą stronę przełęczy
w stronę schroniska Vicenza.

Trochę mnie wystraszyły te kamienie. Nie ukrywam, było ślisko,
 obsuwały się co rusz pod stopami,
schodziłam spięta jak struna i skoncentrowana na maxa.









Zejście trwało ponad 40 min, potem mieliśmy krótka 15-20 minutowa przerwę 
w schronisku Rifuggo Vicenza, store widzicie na zdjęciu.


Następnie schodząc ciągle w dół, dojdziemy do miejsca
gdzie będziemy otaczać górę i piąć się zboczem pod górę.






Zasapaliśmy się trochę podchodząc ten dość długi odcinek,
na polanie zrobiliśmy sobie kolejny odpoczynek, by się posilić i nawodnić.
Godzina była 14:38 a do celu było jeszcze sporo kilometrów do przejścia.
Planowany powrót do autobusu był obliczony na 18:00.


Kolejne kilometry były bardzo przyjemne.
Teren się nam otworzył i ukazały się piękne widoczki



Mogłam w fajnym świetle sfotografować Marmoladę (lodowiec)
godz. była 15:50 i zmiana oświetlenia krajobrazu była już zauważalna,
słońce było łagodniejsze, już nie takie ostre.



Mijaliśmy kolejne schronisko, bez zatrzymywania się

Spójrzcie na to światło, 
jak zaczęło pięknie układać się na przechodzonym terenie.




no i drepczemy dalej do kolejnego schroniska
Rifugio Sasso Piatto on Alpe di Siusi 
(Plattkofelhütte)




Chciało by się przysiąść i poczekać na zachód słońca,
ale... nie tym razem 😞


No i docieramy do schroniska Plattkofelhütte.
Znalazłam na YT video właśnie z tego schroniska.
Spójrzcie jakie to są przepiękne widoki i tereny wokół.

video by Jaider Martina (YT)

Tu spędziliśmy dłuższy czas, można było sobie zamówić obiad
i spokojnie odpocząć.


A to mój obiad 😜


Powiem Wam najpyszniejszy Strudel jaki jadłam we Włoszech
no i kawusia!
Kurde co jak co, ale Włosi mają dobrą kawę!

No i po tym obżarstwie kalorycznym,
czas na jego spalanie 😝
Godz. była 16:41 a przed nami jeszcze trochę kilometrów 
do przebycia.
Ale spójrzcie w jakich warunkach.
Tu się bardzo przyjemnie szło i fotografowało





 


A tu już ostatnie kilometry do autokaru



Na horyzoncie masyw Grupy Sella.
Tam też będziemy wchodzić! Ale nie togo dnia…
Będziemy wjeżdżać kolejką tą która widzicie z prawej strony masywu
a trekking będzie prowadzić do schroniska tego po lewej stronie.
Co to za miejsce? o tym już wkrótce w kolejnym poście.



Drepczemy dalej,
 i podziwiamy przepiękne widoki.



Tu już dochodzimy do miejsca wyjazdu,
czyli kolejki "ołówkowej"
Także jak mogliście zobaczyć, wjechaliśmy kolejką na przełęcz (ta pierwsza po prawej)
potem piargiem w dół.
Strasznie kamieniste zejście, 
na którym nieźle podrapałam moje skórzane buty trekkingowe.
By później obejść te dwa kolejne szczyty i wrócić do miejsca gdzie była kolejka.

Dla mnie ten dzień był najciekawszym i najbardziej krajobrazowym 
dniem trekkingowym ze wszystkich spędzonych tu dni. 


I mam jeszcze na koniec małą ciekawostkę, o której też nie wiedziałam,
ale ponieważ miałam ze soba obiektyw 300mm
poproszono mnie, by sfotografować Madonnę.

Ręcznie rzeźbiona Madonna autorstwa Flavio Pancheriego, 
mierząca imponujące trzy metry i dziesięć centymetrów wysokości, 
którą rzeźbiarz, wraz z przewodnikami górskimi z Val Gardena, 
osobiście przetransportował do Sassolungo w latach 50' 
XX wieku i zapewnił jej bezpieczne zamocowanie.

I teraz gdzie ona się znajduje? Ciężko wypatrzyć to gołym okiem.
Przyda się lornetka, lub teleobiektyw
Spójrz na zaznaczone miejsce na zdjęciu:



 

A tu udało mi się znaleźć kilka zdjęć w Internecie,
Tak wygląda ta rzeźba Madonny.


źródło: geocaching.com


Kochani to już wszystko na dziś.
Było dużo zdjęć, trochę historii.
Mam nadzieję, że z ciekawością dobrnęliście do końca tego posta.

Życzę Wam spokojnego wieczoru.

a za kilka dni kolejny trekking
do przedstawienia.


S E R D E C Z N O Ś C I.  💙💚💜